majka1312 blog

Twój nowy blog

sałatka owocowaWczoraj wieczorem skończyłam „Julie & Julia. Rok niebezpiecznego gotowania” Julie Powell. Czytając te wszystkie opisy sukcesów i porażek kulinarnych, zaczęłam czuć w sobie coś, co określiłabym mianem apetytu na gotowanie. Co w moim przypadku naprawdę nie wróży nic dobrego. No może przesadzam. Jak już się za coś zabiorę to na ogół jest jadalne, a bywa że i całkiem smaczne. Ponieważ i tak nikt nie zagląda na tego bloga (i trudno się dziwić, skoro piszę raz na ruski rok) czuję, że mogę się tu wynurzyć i opisać swoje kulinarne wpadki i nie skompromitować się przy tym przed całymi rzeszami społeczeństwa. 

Na zdjęciu tradycyjnie umieszczonym przeze mnie na początku notki (i tak zerwałam ze zwyczajem wklejania zdjęć Legolasa przy każdej notce – dorastam!) widać sałatkę owocową. Ma to sens, o tyle, że jest to pierwsze danie, które potrafiłam uszykować. Bo co może być trudnego w kupieniu, obraniu i pokrojeniu paru owoców? Nic – i właśnie dlatego to dobre na początek. Pamiętam, że kiedy byłam pierwszy raz w Zakopanem z Precious i mieszkaliśmy w Willi pod Nochalem, codziennie wieczorem, jeszcze zanim zaczęliśmy grać w karty i wrzeszczeć „POWIEDZ MANGO!!!”, szykowaliśmy sobie taką właśnie sałatkę. Polubiłam ten zwyczaj i kiedy wróciłam do domu postanowiłam zrobić niespodziankę rodzicom. I było fajnie, nawet jeśli po zjedzeniu nikt nie wołał, że zaklepuje sobie pierwsze miejsce w kolejce do łazienki (a może właśnie dlatego, zważywszy na fakt, że w tej kolejce zawsze dostawała mi się pozycja tego, co pilnuje tyłów, czyli ostatniego).

Skoro jesteśmy już przy sałatkach, to może od razu odbębnię dwie pozostałe. Bo ja jestem taka genialna i utalentowana, że potrafię zrobić jeszcze tradycyjną sałatkę warzywną. Co prawda dawno jej nie robiłam, bo mama ma do tego znacznie więcej zapału (zwłaszcza odkąd wpadła na pomysł, żeby korzystać przy tym z tarki) ale to też nic szczególnie skomplikowanego, więc nawet ciągle pamiętam przepis. Ostatni raz robiłam ją zdaje się na Wigilię klasową w klasie maturalnej. Tata jednej dziewczyny z klasy (pozdrawiamy Adę!) jest właścicielem bistro i był tak uprzejmy, że pozwolił, żebyśmy tam się urządzili po zamknięciu lokalu. I tak też zrobiliśmy, przy czym każdy miał przynieść coś do jedzenia. Były ciasta, pierniczki, pierogi, sałatki (w tym moja) i mnóstwo innych pyszności. Jak robiłam tą sałatkę, mama weszła do kuchni, popatrzyła i poprosiła, żebym zaznaczyła, że ja to robiłam sama, żeby nikt nie pomyślał, że ona mi w tym pomagała – bo ona nigdy by tak grubo nie pokroiła. Ale nikt jakoś nie zauważył, że marchewka nie była pociachana w drobną kosteczkę. Za to przebojem wieczoru były pierogi roboty Oleńki i Camille. Dziewczyny wpadły na szatański pomysł zrobienia dwóch pierożków-niespodzianek, które zamiast farszu miały w środku sam pieprz. Powiem więcej, one nie poprzestały na planowaniu! Ale były na tyle sprytne, że oznaczyły te dwa niespodziankowe pierogi, tak więc gdy Becia nałożyła sobie jednego na talerz, została ostrzeżona, żeby zajrzała do środka, zanim wsadzi go do buzi. Ale nikt nie zauważył kiedy Michał nałożył sobie na talerz drugiego, ani kiedy (jak to facet) pożarł całego za jednym chapsem. Tak więc było całkiem wesoło, gdy wstał i zapytał: „Kto robił te pierogi?!”. 
Jestem też mistrzynią w przygotowywaniu ulubionej sałatki mojego taty, składającej się z pomidorów, ogórków i cebuli z dodatkiem soli i z większym dodatkiem pieprzu. W zeszłym tygodniu, kiedy zainspirowana przygodami Julie Powell miałam ochotę coś upichcić skończyło się właśnie na tej sałatce. Hmm… Ciekawe co to mówi o moim kucharskim „ja”? Ale przepraszam bardzo, ja chciałam nawet na tej sałatce eksperymentować (i tak jej nie jem, więc co mi szkodzi?). Zastanawiałam się nad dodaniem oliwek, ale tych akurat zabrakło, no i byłam już całkiem gotowa do przyrządzenia sosu sałatkowego francuskiego vinaigrette, ale tata mi zakazał twierdząc, że mu całą sałatkę spieprzę. No to mu tylko popieprzyłam (i posoliłam) – wedle życzenia.

Całkiem nieźle radzę też sobie z pieczeniem. Moim najczęstszym wypiekiem jest rzecz jasna mój ulubiony czekoladowy murzynek. Przez długi okres miałam wyraźne problemy z rozbijaniem jajek. Pewnie dlatego, że za pierwszym razem nie obyło się bez komplikacji, a później długo miałam traumę. A było to tak. Mama tłumaczyła mi, że należy delikatnie postukać jajkiem o brzeg stołu. Ja to „delikatnie” wzięłam sobie trochę za bardzo do serca, więc dostałam instrukcję, żeby robić to „troszkę mocniej”. Dla odmiany tego „troszkę” sobie za bardzo do serca nie wzięłam, czego efekt był taki, że rozbita skorupka została mi w ręce, a jajko wylądowało na głowie mojego kręcącego się pod stołem jamnika. Nie żeby Timon się tym szczególnie przejął – wydawał się być nawet całkiem zadowolony, kiedy zlizywał białko i żółtko spływające mu po uszach. Ale trauma została – dopiero niedawno w miarę nad tym zapanowałam. 
Ostatnio upiekłam ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką. Przy tej okazji należy wspomnieć, że w opinii mojej mamy jestem najlepszą wykonawczynią kruszonki na świecie i dlatego w tym domu to właśnie ja jestem za nią zawsze odpowiedzialna. Z tym ciastem to były trochę jaja, bo starałam się korzystać z przepisu mamy, a ona ma tam zapisane tylko składniki, bez proporcji, bo ona zawsze wszystko robi „na oko”.
-Ile tego cukru?
-No tak na oko.
-Czyli ile? Szklankę? Dwie?
-Oj no nie wiem. Syp na oko, ja ci powiem, kiedy wystarczy.
A ja i tak do czasu następnego pieczenia zapomnę, ile było tego „na oko”, dlatego przydałyby mi się jakieś ludzkie proporcje. Ale moja mama nawet herbatę sypie nie na łyżeczki, tylko „na oko”. Jest to jedno z jej dziwactw, za które ją uwielbiam :)
Ostatecznie ciasto wyszło mi w smaku bardzo dobre, chociaż nie zachęcające swoim wyglądem, bo zrobiłam za luźne ciasto (bo jestem leń i zamiast kulą wolałam mikserem) i większość kruszonki się zapadła. Kiedy wycinam z mozołem pojedyncze żyłki, które zauważam w kawałku mięsa, tata lubi mawiać, że je się buzią, nie oczyma. I w odniesieniu do ciasta – ma rację. 

Ojoj, pominęłam coś bardzo ważnego, danie, które ukształtowało moją tożsamość kulinarną! Jak byłam mała i miałam zapalenie dziąseł nie jadłam niczego poza tym. Z czasem sama nauczyłam się to przyrządzać. Danie to nosi dumną nazwę „Pychotka”, którą to nazwą ochrzciłam je za młodu. Pójdę nawet tak daleko, że podam przepis, który wyrył mi się w pamięci, jako że przez długie lata była to jedyna rzecz, którą potrafiłam ugotować. A więc tak: bierzesz woreczek ryżu i gotujesz go (przy tym nie zapominasz posolić wody, żeby potem nie machać solniczką nad talerzem jak jakiś debil), a następnie zalewasz całość sokiem pomidorowym. Sok pomidorowy może i jest ohydny solo, ale w duecie z ryżem tworzy Pychotkę!

Mięso. Całkiem nieźle radzę sobie z jego smażeniem. Mama podpowiedziała mi, żeby użyć przyprawy do kurczaka i gyrosa, po czym dodała „Właściwie to doprawiaj jak uważasz”. Więc byłam z siebie bardzo dumna, kiedy wpadłam na pomysł, żeby oprócz wyżej wymienionych dwóch użyć też łagodnej papryki. Nie ma to jak eksperymenty w kuchni!
Kiedyś zaszokowałam wujka, jak siedział u nas w kuchni akurat, gdy robiłam obiad. Mianowicie po jakiś 30-40 minutach należy dorzucić cebulę i tzw. „zielone”, czyli gałązki od natki pietruszki ogołocone z liści. Mama ma zwyczaj wiązania ich gumką, co ma taki plus, że te zielone badyle nie rozwalają się potem po całej patelni i nie trzeba ich wyławiać przez pół godziny, żeby przyrządzić sos. Pech chciał, że wtedy akurat gumka była niebieska, a zatem dobrze widoczna. 
-Czy to jest gumka? – spytał lekko zaszokowany wujek.
-Tak – odparłam ze stoickim spokojem.
-Zdejmij ją!
-Nie!
-Zdejmij!
-Nie!
-Zdejmij!
-Nie!
No i nie zdjęłam. I było smaczne.

Z kolei na różnego rodzaju okazje zdarza mi się przyrządzić nuggetsy. Mama Precious często je robi, stąd wiem, że domowej roboty też są pyszne (ba! nawet lepsze niż te kupne!). Tak więc jakiś rok temu wzięłam od niej przepis i zabrałam się do roboty. Wprowadziłam nawet swoją własną innowację w postaci dokupionego „Panieru”. I nawet babrałam się w tym surowym mięsie i dotykałam go i obtaczałam go w surowym jajku, co już stanowi definicję oblechy. Ale okazało się, że dotykanie surowe mięsa nie jest takie straszne i że wystarczy umyć po tym ręce, żeby zniknęło uczucie dłoni oblepionych surowizną (w dzieciństwie byłam przekonana, że na takie skalanie żadne mydło nie pomoże). Co prawda moje nuggetsy nie wychodzą aż takie pyszne, jak te robione przez ciocię Kasię, ale też są znakomite. Chociaż jest to proces dosyć pracochłonny i długotrwały, zwłaszcza jeśli postanowisz uszykować pełen półmisek dla gości. Jednak wszystko idzie zrobić, wystarczy zaimprowizować taką mała nuggetsową manufakturę – samemu zająć się obtaczaniem kawałków mięsa w jajku, przyprawach i „Panierze”, a przy kuchence postawić siostrę wyposażoną w patelnię i olej. Oczywiście plan ten posiada swoje mankamenty, np. wymaga, żeby siostra była na tyle przewidująca, aby przyjechać wcześniej na wypadek, gdyby przydała się jakaś pomoc w kuchni. Na szczęście moja posiada ten dar, dzięki czemu mogłam zająć się też robieniem sosu musztardowego. To chyba jedyny sos, który potrafię zrobić. Pewnie dlatego, że nie wymaga on od człowieka więcej niż wymieszanie musztardy i majonezu. 

 
O mały włos zapomniałabym o najgłupszej chyba rzeczy jaką zrobiłam przy okazji gotowania. I wcale nie mam tu na myśli wycięcia sobie kawałka skóry na kciuku przy okazji krojenia kalafiora, ani nawet tego jak postanowiłam doprawić jajecznicę bazylią (chociaż po dziś dzień zastanawiam się, co mi wtedy odbiło). Mianowicie rzecz tyczy się gotowania jajek. Jak w zeszłym tygodniu, jeszcze zanim wyżyłam się na sałatce,zwierzyłam się z mojej chęci gotowania na facebooku, kolega poradził mi, żebym ugotowała jajko na twardo. W sensie, że tego nie można sknocić. No i ok, same jajka zawsze wychodzą mi w porządku. Ale pewnego wieczoru postanowiłam zjeść kolację, co generalnie zdarza mi się rzadko (pomijając piątki u Precious, bo to wieloletnia tradycja jest). Dokładnie mówiąc, dostałam apetytu na kanapkę z jajkiem. Tyle, że wpadłam na to już po tym, jak zrobiłam sobie herbatę, czyli rozmrażanie bułki na czajniku odpadało. I wtedy wpadłam na genialny pomysł – dlaczegóż by nie odgrzać tej bułki na garnuszku, w którym gotuje się jajko? Tak więc położyłam bułkę na pokrywce i wzięłam się za zmywanie naczyń. Woda szumiała, radyjko przygrywało, a ja stałam tyłem do kuchenki, tak więc jakoś przegapiłam moment, w którym woda się zagotowała. Nasz garnuszek do jajek ma to do siebie, że jest idealny do jajek, ale pokrywka nie jest idealna do niego. Tak więc gotująca się woda bez większych problemów wypłynęła bokami na pokrywkę i zmoczyła mi bułkę. A ja nie lubię rozmoczonego pieczywa! Dlatego postanowiłam tą bułkę osuszyć. Musiałam przedstawiać sobą bardzo interesujący widok jak stałam w łazience i grzałam z suszarki na bułkę. Ale zawsze kiedy robię coś głupiego, pociesza mnie fakt, że zdaję sobie z tego sprawę. 

Umiem też ugotować rosół i krupnik. Co do rosołu to pomijam proces obrabiania kurzego korpusu, bo to przekracza poziom oblechy, jaki jestem w stanie znieść. W moim zeszycie z Kubusiem Puchatkiem mam też przepisy na kotlety i gotowaną kapustę, smażone warzywa i takie tam. Jeśli chodzi o warzywa z patelni to mnie smakują takie, jak mi zazwyczaj wychodzą, czyli w wersji bardzo al dente, co doprowadza mojego dziadka do krzyczenia: „Ten brokuł jest surowy!”. A ja się pytam, jak mrożonka może być surowa? 

Kawę i herbatę też umiem zaparzyć jakby co. 

 

Pozdrawiam, Ireth

 

petycja

Brak komentarzy


http://go.care2.com/16158494

 

 

ELSA logoPomyślałam, że wreszcie napiszę coś użytecznego. Otóż w Poznaniu, już drugi rok z rzędu odbyły się Dni Prawnika. Miały one miejsce zimą, ale ja piszę o nich latem ;P I robię to z nadzieją, że komuś się przydadzą informacje, które tu zawrę.

Otóż, aby dostać się na takie Dni Prawnika trzeba najpierw napisać test kwalifykacyjny. Oczywiście nikt nie mógł nam powiedziecieć, co może się na takim teście znaleźć. Ja, na ten przykład, dzień przed nim powtórzyłam sobie cały materiał z WOSu dotyczący prawa – i jak się później okazało raczej niepotrzebnie, przynajmniej patrząc na to pod kątem samego testu. 

Test składał się z czterech części. Pierwsza – moim zdaniem najfajniejsza i najbardziej sensowna – dotyczyła samych przepisów prawnych. Mianowicie było tam kilka podanych przepisów albo ich fragmentów, a potem opisana jakaś konkretna sytuacja. Na podstawie tych przepisów trzeba było zaznaczyć prawidłową odpowiedź, co trzeba było zrobić, zgodnie z tymi przepisami.

Druga część też byłą niczego sobie i sprawdzała, zdaje się, umiejętność logicznego myślenia. Również pytania zamknięte. 

Trzecia część była za to okropna – przynajmniej dla kogoś, kto nie interesuje się polityką i wiedzą o społeczeństwie. Znowu pytania zamknięte (zresztą jak w całym teście), ale pojawiają się kwestie takie jak np. kto był prezydentem Gruzji przed Rewolucją Róż albo kto jest obecnie Prezesem Sądu Najwyższego, jakie kraje są w strefie Euro i takie tam. Można strzelać ;P

Czwarta, ostatnia część wyglądała następująco: był sobie tekścik, w którym niektóre wyrażania były w jakiś sposób zaznaczone (wytłuszczenie, kursywa i te sprawy). Na dole zaś były pytania, np. co znaczy to wytłuszczone łacińskie wyrażenie. Tych łacińskich wyrażeń było tam kilka i mimo, że miałam w pierwszej klasie taki przedmiot jak ‚język łaciński i kultura antyczna’ to nauka ta nieiwle mi pomogła. Dodatkowe utrudnienie polegało na tym, że nie można było nawet strzelać na zasadzie największego prawdopodobieństwa, ponieważ często ostatnią opcją do wyboru była ‚żadna odpowiedź nie jest poprawna’. No i bądź tu człowieku mądry.

Jak już człowiek się dostał i otrzymał e-maila z tą radosną wiadomością oraz planem agendy projektu, to mógł zacierać łapki i pewnego pięknego zimowego poniedziałku, zamiast do szkoły, iść do Collegium Minus na superciekawe wykłady. W tym roku (2009) tematem przewodnim były prawa człowieka, dlatego wykłady dotyczyły na przykład tortur w średniowiecznej Europie, rewolucji francuskiej, czy Rady Europy. Na drugi dzień było o studiowaniu prawa na UAMie, o dochodzeniu i procesie sądowym… Trzeci dzień to język (angielski albo francuski) prawniczy, co w praktyce przekłądało się na wykłąd w danym języku na temat prawa i jego ewolucji. A przynajmniej tak było na francuskim. Potem wykład o systemie kar i na koniec debata oksfordzka na temat praw człowieka (konkretnie homoseksualistów). Czwartek to akademia filmowa w kinie Rialto, a piątek symulacja rozprawy sądowej. Wszystko bardzo ciekawe! Była jeszcze impreza integracyjna ze studentami w piątek wieczorem, ale byłam chora i nie poszłam niestety, więc nie powiem jak było. 

Na koniec może zapodam dokładnie tą agendę dla zainteresowanych (moja ulubiona metoda ctrl+c, ctrl+v :D)

 

Planowana agenda projektu

PONIEDZIAŁEK (SALA IM. J. LUBRAŃSKIEGO COLL. MINUS, 
UL. WIENIAWSKIEGO 1)
10.30 – 11.00 Rozpoczęcie projektu
11.00 – 11.45 Dr Andrzej Gulczyński, Katedra Prawa Rzymskiego i Historii Prawa Sądowego WPiA UAM
Tortury w średniowiecznej Europie
11.55 – 12.40 Dr Maksymilian Stanulewicz, Katedra Historii Ustroju Państwa WPiA UAM 
 Prawne unormowania Wielkiej Rewolucji Francuskiej
12.50 -13.40 Dr Maciej Mataczyński, Katedra Prawa Europejskiego WPiA UAM
 Wykład dot. mechanizmów ochrony praw człowieka w Unii Europejskiej
13.45- 14.30 Warsztat nt. stanu faktycznego kazusu przygotowywanego na symulację rozprawy sądowej

WTOREK (SALA A, DOM STUDENCKI JOWITA 
UL. ZWIERZYNIECKA 7)
09.00-10.30 J. angielski prawniczy- gr. I
10.45- 11.30 Dr Piotr Lissoń, Katedra Publicznego Prawa Gospodarczego WPiA UAM
O studiowaniu na Wydziale Prawa i Administracji UAM
11.35-12.35 Prezentacja ELSA
12.45- 13.30 Wykład poświęcony przekazaniu podstawowych informacji dotyczących procedury sądowej, ułatwiający zrozumienie postępowania przed sądami w sprawach jak w kazusie 
13.40- 15.10 J. angielski prawniczy- gr. II

ŚRODA (SALA A, DOM STUDENCKI JOWITA 
UL. ZWIERZYNIECKA 7)
09.00-10.30 J. francuski prawniczy gr. III
10.40-11.25 Wykład dra hab. Roberta Zawłockiego, Katedra Prawa Karnego WPiA UAM
11.30-13.30 Debata
13.40- 15.10 J. francuski (ang.) gr. IV

CZWARTEK (SALA A, DOM STUDENCKI JOWITA 
UL. ZWIERZYNIECKA 7)
16.00- 17.00 Warsztaty przygotowujące do aktywnego wzięcia udziału 
w symulacji rozprawy sądowej
18.00 – 22.00 Prawnicza Akademia Filmowa w kinie Rialto 
(UL. DĄBROWSKIEGO 38)
  - Projekcja filmu 
- Dyskusja z prelegentami na tematy poruszane w filmach

PIĄTEK (SALA 100 SĄDU OKRĘGOWEGO W POZNANIU, 
AL. MARCINKOWSKIEGO 32)
14.00 – 17.00 Symulacja rozprawy sądowej w Sądzie Okręgowym w Poznaniu
20.00 – Impreza integracyjna licealistów ze studentami 

To polecam maturzystom zainteresowanym studiami prawniczymi, no i w ogóle wszystkim, bo to bardzo fajna sprawa :) Chwała Elsie za zorganizowanie tego!


Pozdrawiam, Ireth

 

Ja naprawdę kiedyś coś napiszę! Mam pomysł na kilka opowiadań, ale nie mam czasu teraz za bardzo… A póki co piękny fragment mojej ulubionej bajki, czyli „Króla Lwa”:

Mufasa:Spójrz, Simba. cała ta ziemia opromieniona słońcem to nasze królestwo. Czas panowania każdego króla jest jak słońce: wschodzi i zachodzi. Kiedyś, Simba, słońce moje panowania zajdzie, a wzejdzie dla ciebie, jako nowego króla.
Simba:I to wszystko będzie moje?
M:Wszyściutko.
S:Wszystko co opromienia słońce… A to takie ciemnie miejsce?
M:To już nie należy do nas i nie wolno ci tam chodzić.
S:Myślałem, że król może robić co chce.
M:Być królem to coś więcej niż robienie tego co się chce.
S:Naprawdę?
M:Simba… Wszystko co widzisz żyje z sobą w doskonałej harmonii. Jako król musisz pojąć istotę tej harmonii i nauczyć się szanować każde stworzenie: od mrówki po antylopę.
S:Ale antylopy się zjada…
M:Tak, Simba, wszystko ci wyjaśnię. Kiedyś po śmierci wyrośnie na nas trawa, którą jedzą antylopy. Wszyscy jesteśmy złączeni w wielkim kręgu życia.

 

Pozdrawiam, Ireth

Christian BaleMiał trzynaście lat, gdy Steven Spielberg wybrał go spośród czterech tysięcy chłopców, którzy chcieli zagrać Jamesa Grahama w „Imperium słońca” (1987). Występ w epickim dramacie Spielberga przyniósł Christianowi nagrody: National Board of Review oraz Young Artist Award.

Jest najmłodszym z czworga dzieci państwa Bale. Jego ojciec był pilotem, a matka tancerką i klaunem w cyrku. Macochą Bale’a została znana feministka Gloria Steinem. Obaj dziadkowie Christiana występowali w filmach. Jedna z jego sióstr jest reżyserem teatralnym.

Jako dziewięciolatek wystąpił w reklamie płatków śniadaniowych. Grał także w filmach telewizyjnych. Na scenie teatralnej debiutował w wystawianej na londyńskim West Endzie komedii „The Nerd”, z Rowanem Atkinsonem w roli głównej. W 1989 r. wystąpił w filmowej adaptacji dramatu Williama Szekspira „Henryk V” w reżyserii Kennetha Branagha. Rok później zagrał Jima Hawkinsa w nakręconej dla telewizji „Wyspie skarbów”, w roli Johna Silvera wystąpił wówczas Charlton Heston. Trzy miesiące trenował taniec i sztuki walki dla potrzeb filmów „Newsiest” (1992) i „Swing Kids” (1993). W filmie „Małe kobietki” (1994) zmienił akcent na amerykański. Rolę Lauriego, oddanego przyjaciela sióstr March, otrzymał dzięki wstawiennictwu odtwórczyni Jo March, Winony Ryder. W 1996 wystąpił w adaptacji powieści Henry Jamesa „Portret damy” Jane Campion. W filmie „Metroland” (1997) Philipa Seville zagrał młodego mężczyznę, który zastanawia się czy wybrał właściwą drogę w życiu. Żonę Chrisa zagrała Emily Watson („Przełamując fale”). Reżyser Todd Haynes w „Idolu” (1998) powierzył Bale’owi rolę dziennikarza, który wytrwale poszukuje twórców londyńskiej sceny glam rockowej, Curta Wilda (Ewan McGregor) i Briana Slade’a (Jonathan Rhys-Meyers). W „Śnie nocy letniej” (1999) Michaela Hoffmana zagrał Demertiusa, który początkowo odrzuca, a następnie błaga o miłość Helenę (Calista Flockhart).
W „American Psycho” wcielił się w Patricka Batemana – nowojorskiego yuppie, który nocami morduje młode kobiety i konkurentów.

Christian kocha zwierzęta. Ma dwa psy i trzy koty. Często zasila konto Greenpeace i World Wildlife Foundation. Jest wegetarianinem. Lubi pływać i surfować, a w zimie jeździć na snowboardzie.

Christian Bale urodził się 30 stycznia 1974 roku w Pembrokeshire – w małej wiosce w Walii. Ze względu na to, że jego matka była tancerką, a dziadkowie aktorami, Christian był wychowywany w Anglii, Stanach Zjednoczonych i Portugalii. Jego aktorskim debiutem była reklama płatków śniadaniowych Pac-Man w 1983 roku. Pierwszy raz na scenie Christian wystąpił w wieku 10 lat, grając z Rowanem Atkinsonem w ‚The Nerd’. W 1986 roku, w telewizji zadebiutował w serialu ‚Anastasia : The Mystery of Anna’ i w następnym roku został wybrany przez Stevena Spielberga do głównej roli w filmie „Impreium słońca”. Później zagrał w szwedzkim filmie ‚Mio min Mio’, a potem w 1988 roku wystąpił w adaptacji „Henryka V” Kennetha Branagha. W 1990 roku Christian zagrał w filmie ‚Treasure Island’ z Charltonem Hestonem. W filmie ‚Newsies’, z 1992 roku, Christian udowadnia, że jest nie tylko utalentowanym aktorem, ale także rewelacyjnie tańczy i śpiewa. Rok później ponownie to udowadnia w filmie ‚Swing Kids’. W 1999 roku zagrał Patricka Batemana w ‚American Psycho’, który to film sprawił, że Christian stał się popularny na całym świecie.

żródło: www.filmweb.pl

Wakacje!

Brak komentarzy

Tak jest, moi drodzy, wakacje czas begin! Zakończenie roku szkolnego, co prawda, nie obyło się bez nabicia sobie siniaka na kolanie (jak zwykle spóźniona potknęłam się na schodach o własny but, ale na szczęście walnęłam nie tym kolanem z blizną, tylko tym drugim) oraz wręczeniem kwiata komuś innemu niż pierwotnie planowałam. W drodze powrotnej jeszcze zmokłam, bo pogoda była wyjątkowo złośliwa i padało najmocniej akurat w momentach, w których nie miałam się, gdzie schować.
Wczoraj byłam na weselu chrześniaczki mojej mamy. Jagna ślicznie wyglądała, serio nie mogłam się na nią napatrzeć! A wychodziła za mąż za Macieja, tak dla ścisłości :) Ślub odbył się w kościele franciszkanów, a wesele w dworku w Wąsowie, do którego jechało się ponad godzinę. Miejsce naprawdę malownicze, jedzonko pyszne, tyle że nie bardzo było gdzie tańczyć. Za to nauczyłam się grać w bilarda :))
A teraz przedstawiam moje wakacyjne plany:
-jutro wyjeżdżam na 3 dni do Warszawy z Precious,
-13 lipca jadę z rodzicami na 3 tygodnie nad morze do Rusinowa, które nie leży dokładnie nad morzem,
-3 sierpnia chyba na 2 tygodnie do Juraty z Precious,
-pod koniec sierpnia z tradycyjnym babskim towarzystwem do Zakopanego,
-w międzyczasie zamierzam wybrać się do kina na Archiwum X i Mrocznego Rycerza, a także przeczytać całą stertę książek-nie-lektur oraz być może powtórzyć sobie materiał pierwszej klasy z historii pod kątem matury.

Pozdrawiam wakacyjnie, Ireth

Psycho

3 komentarzy

Uwaga! Piszę nową notkę! Taa… Tylko o czym? Chciałam pisać o fenomenie Batmana, ale w tej chwilii chyba nie jestem w odpowiednim nastroju, bo jestem świeżo po obejrzeniu dołującego odcinka „ER”…
Więc może inaczej. W sobotę obejrzałam „American Psycho” z moim ukochanym Christianem Bale’m i od tamtego czasu tak sobie myślę – co sprawia, że świr jest świrem? Co sprawia, że człowiek pozornie normalny jest jednak nienormalny?
Większość powie od razu „Pewnie przeżył coś okropnego”. No dobrze. Ale czy to oznacza, że każdy człowiek, który przeżył kiedyś coś okropnego (w dzieciństwie, bądź też później) musi stać się psychopatą? Jeśliby tak było to przynajmniej połowa ludzkości byłaby psychopatami, bo każdego coś złego spotyka. Dla jednych tym okropnym wydarzeniem może być strata rodziny, a dla innych chociażby wyrzucenie z pracy. I co? Wszyscy ludzie, których spotkało coś niemiłego, coś co ciężko przeżyli, mają być od razu wariatami? Przeciez tak nie jest! Wiadomo, że każdy ma swoje dziwactwa, ale bycie dziwakiem nie jest równoważne z byciem świrem.
Tak więc może uwarunkowanie genetyczne? Z pewnością. Tylko dlaczego choroba psychiczna ujawnia się dopiero po jakimś czasie? A bo niektóre geny aktywują się dopiero z wiekiem, jak np. gen łysienia u mężczyzn. A ja i tak pytam: dlaczego?
I dlaczego u jednych choroba psychiczna będzie się objawiała przekonaniem, że jest się dzieckiem kosmity, a u innych niepohamowaną żądzą mordu?
Jedno ludziom psychicznie chorym trzeba oddać: są chyba najbardziej interesującą „grupą społeczną” ze wszystkich. Można tym ludziom współczuć, co więcej, nawet się powinno. Ale z drugiej strony, czyż nie są oni jedna z grup, która daje najwięcej inspiracji różnym twórcom, takim jak reżyserzy, czy pisarze? Nie wiem, czy zauważyliście, że najbardziej schizowate filmy to takie na końcu których okazuje się, że wszystko to było jedynie chorym tworej wyobraźni bohatera? Przykładów jest mnóstwo, acz w tej chwilii przychodzi mi do głowy jedynie „Mechanik” z Christianem Bale’m w roli głównej.
Co ciekawe, większość ludzi chorych psychicznie w ogóle nie zdaje sobie sprawy ze swojego stanu. W sumie to rzecz naturalna, człowiek z natury ufa swojej psychice i swojemu umysłowi i skoro ten każe mu wierzyć, że kosmici wszczepili mu w głowę implant, przy pomocy którego nim kierują i zmuszają go do wysadzenia w powietrze sklepu spożywczego, to jest to przecież logiczne i prawdziwe.
Pomaganie takim ludziom to także bardzo specyficzna sprawa. Owszem, istnieją różnego rodzaju terapie, ale jeśli ktoś jest naprawdę chory to podaje mu się po prostu odpowiednie leki i mamy eleganckie warzywo. Nic dziwnego, że ludzie boją się i unikają takich miejsc jak szpitale psychiatryczne, „wariatkowa”.
I mimo ciągłych badań psychika ludzka wciąż kryje przed nami wiele tajemnic, ale być może kiedyś się to zmieni? Tylko czy świat nie stanie się odrobinę nudny, jeśli będziemy wszystko wiedzieli?

Pozdrawiam, Ireth

Ho ho ho!

1 komentarz

Ho ho ho! Po Świętach co prawda, ale życzę wszystkim… Znaczy się mam nadzieję, że były wesołe ;) A teraz życzę tentego udanego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku! :D
A teraz jak zwykle rozpisze się o prezencikach :)) Zacznę może od tego, co komu podarowałam. a więc:
~mamie – „Zestaw jedwabisty” Dove, tj. balsam i płyn do kąpieli
~tacie – zestaw do golenia Wilkinsona
~dziadkowi – maselniczkę
~Timonkowi – wielką kochę wzbogaconą o wapń
~Precious – „Trzecie zapiski na pudełku od zapałek” Umberto Eco
~Frodzi – niespodziankę w postaci kaledarza z HP na 2008
~Tii – filiżankę z krową i „CSI Kryminalne Zagadki Las Vegas: Śmiertelna gra” Collins Max Allan
~Mikruskowi – paczkę pysznych Michałków <mniam>
~Kaśi – świeczkę w renifery
~na Wigilię klasową – nie powiem co, żeby się nie zdradzać, że to ja, bo miała być tajemnica ;PP

A ja dostałam:
~słodką pidżamkę
~niebieskie dżinsy
~kolczyki, pierścionek, komplet trzech branzoletek
~cień do powiek
~zegarek
~”Dzieci Hurina” J.R.R. Tolkiena
~kalendarz książkowy na 2008 od Frodzi i Kaśi
~”Myśl Tysiąckrotną” R. Scotta Bakkera, „Pride and Prejudice” Jane Austen od Precious
~świąteczną świeczkę od Mikruska
~szalik zrobiony własnoręcznie przez moją najsłodszą kuzyneczkę Agusię
~kalkulatorek i czekoladę na Wigilii klasowej
Jeszcze podobno czeka mnie coś od Tii i Precious też coś jeszcze dla mnie ma :)

Sylwestra pod hasłem „Wieczór (noc) z Johnnym” spędzam z jego fanatyczną fanką Frodzią. Chciałyśmy jeszcze dodać mieszankę Mikruska z Kaśą, ale chyba za późno im to zaproponowałyśmy… W planie jest: „Sekretne okno”, „Klątwa Czarnej Perły” i „Don Juan” – wszystko z Deppem. Za rok robię przytup i będzie chociaż jeden film z Balem! ;)

Jeszcze raz życzę szczęśliwego Nowego Roku!
Buźka!
Ireth

Fotki żadnej fajowskiej nie daje, bo tej notki tak właściwie nie ma. W tej chwili nie mam czasu, muszę do jutra przeczytać „Konrada Wallenroda” (szlag!)
W najbliższym czasie coś napiszę, chociaż nie wiem po co, skoro prawie nikt tego nie czyta (gdyby nie Ty, kochana Frodziu, pisałabym do pustki, że tak to określę). W formie zastępczej, żeby nie było tak totalnie pusto wklejam cosik co napisałam w zeszłym roku na Dzień Patrona w mojej placówce edukacyjnej, po terminie, jak się później okazało. Cudo to to nie jest, ale na usprawiedliwienie dodam, że byłam wtedy świeżo po wyrwaniu zęba.

JEDEN DZIEŃ W 6 ZAKŁADZIE
(widziany oczyma Ig)

Mrok. Słabe światło latarki ledwo przebijało się przez gęstą mgłę. Nagle z ciemności przed nami wyłonił się monumentalny gmach, którego widok zaparł nam na chwilę dech w piersiach. Przechodząc przez szklane, sterylne odrzwia minęliśmy woźnego, którego grobowy wyraz twarzy absolutnie nie podniósł nas na duchu.
Jak wszyscy, którzy odbywają karę za dnia, wymieniliśmy nasze kurtki i płaszcze na numerki w specjalnym pomieszczeniu zwanym „Szatnią”. Ze zgrozą odczytaliśmy napis na drzwiach głoszący, że „Za zgubienie numerka kara 30 zł”. Następnie rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę na najwyższe piętro wieżowca.
Po długotrwałym wysiłku wreszcie dotarliśmy na „szczyt”. Z trwogą przemierzaliśmy pusty korytarz, odgłosy naszych kroków odbijały się od ścian. W końcu dotarliśmy przed właściwą salę. Ostrożnie zapukaliśmy i cichutko weszliśmy do środka. Tam dostrzegliśmy kilka rzędów bladych twarzy oraz… szeroko uśmiechniętego Strażnika.
Zajęliśmy jedyne wolne miejsca w pierwszej ławce, przy drzwiach. Zapowiadały się normalne dla naszego Zakładu zajęcia, kiedy niespodziewanie coś usłyszeliśmy. Dźwięk przypominający głośne dyszenie, tuż za drzwiami. Zgodnie z tym co nakazywał nam doskonale wyćwiczony przez życie w Zakładzie instynkt przetrwania przysunęliśmy się do siebie. I to ostatnia rzecz jaką udało nam się zapamiętać.
Ocknęliśmy się w jakimś białym pomieszczeniu. Rozglądaliśmy się niepewnie wokół siebie, aż w końcu naszym oczom ukazała się Biała Dama. Kobieta w długiej, białej, przewiewnej sukni, o bladej twarzy i oczach, które wyrażały cierpienie połączone z ogromną wiedzą (nabytą prawdopodobnie w wyniku przeprowadzania licznych autopsji więźniów) bez zbędnych słów wskazała nam drzwi.
Posłusznie wyszliśmy z Białej Sali. Mieliśmy teraz zamiar szybko wrócić na zajęcia, jednak zagubiliśmy się w labiryncie korytarzy. Po długich poszukiwaniach wyjścia w końcu wylądowaliśmy przed mrocznym Hadesem. Ponownie rozpoczęliśmy wspinaczkę na wyższe piętra, po czym grzecznie ustawiliśmy się przed salą.
Nagle, tuż nad nami rozległ się przeraźliwy jazgot, przerażające wycie, dźwięk mrożący krew w żyłach nawet najodważniejszych – dzwonek. Drzwi do sali otwarły się z hukiem i stanął w nich Strażnik. Gestem zaprosił nas do środka.
Ledwo zdążyliśmy zająć nasze miejsca, po klasie rozniosło się budzące trwogę „WYCIĄGAMY KARTECZKI!”. Po długim kwadransie, spoceni i zmęczeni oddaliśmy zwoje papieru Strażnikowi. Ten spakował je do czarnego futerału na gitarę, przy okazji przeładował broń, następnie krytycznym wzrokiem spojrzał na gąbkę. Wiedzieliśmy już co to oznacza. Jeden z nas szybko pobiegł ją namoczyć, a po chwili wrócił, aby zmazać tablicę. Strażnik patrzył na nas zadowolony bez widocznego powodu, po czym zwrócił uwagę Dyżurującemu Więźniowi, że tablicę powinno mazać się w rytmie „Przybieżeli do Betlejem”, a nie „Lulajże Jezuniu”.
I nagle, ku zaskoczeniu nas wszystkich, Strażnik po prostu zniknął. Szybko, nie czekając aż wróci niosąc pod pachą, przywodzące na myśl klasyczne już pozycje horroru gotyckiego, Materiały Dydaktyczne, wybiegliśmy z sali. Zeskakując na schodach po trzy stopnie, szybko znaleźliśmy się na dole. Wręczyliśmy nasze numerki Dyżurującemu Więźniowi Troszczącemu Się O Wierzchnie Odzienie o przekrwionych oczach, po czym co tchu w płucach wybiegliśmy z Zakładu. A na zewnątrz panował mrok, rozjaśniany co chwilę przez błyskawice przecinające zachmurzone niebo…

Gdyby ktoś był zainteresowany czymś ciekawszym mojego autorstwa (i nie tylko mojego) to zapraszam (tak, tak, teraz będą reklamy – hihi!):
-LOTH
-Gazeta Kryminalna Czarodzieja
-Filmowe zapiski Frodzi
-Niezwykłe Przygody Joleanny de Pelorian Tii

I to by było na tyle. Póki co.
I’ll write soon!

Pozdrawiam, Ireth

Black_Panther_on_mud_hill.jpgPo długiej przerwie powracam, bynajmniej nie z natchenienia, czy chęci pisania. Po prostu jakoś nie chcę, żeby mi bloga zamknęli, żywię do niego taki dziwny sentyment, podobny do niektórych zabawek, którymi już się nie bawię, ale jakoś nie potrafię się z nimi rozstać i ani ich nie wyrzucam ani nikomu nie wydaję i tak oto zagracają mi pokój.
Przykładowo nie potrafię się rozstać z moimi ukochanymi „córeczkami” z lat dzieciństwa. Starsza Kasia mimo, że po pojawieniu się młodszej Moniki wypadła trochę z łask i stała się niegrzeczną, mało gramotną córeczką, leży obok swojej siostrzyczki, i podobnie jak ona, przytula do siebie malutkiego misia. Była też najmłodsza Zuzia, która różniła się trochę urodą od starszych sióstr i w odróżnieniu od nich nie miała sukienki (Kasia zieloną, Monika różową) miała na sobie różowy śpioszek i czapeczkę. Ale jej nie ma, chyba kiedyś ją komuś pożyczyłam i mi nie oddał. Z nią nie zdążyłam się tak związać emocjonalnie, bo „wychowywałam” ją najkrócej i wkrótce wyrosłam z matkowania lalkom.
Niegdyś bardzo też lubiłam małego pluszowego pieska. Ze wzgędu na jego niewielkie gabaryty nazwałam go Pikusiem Niedojrzałkiem. Teraz został po prostu „Plusiem” i służy mojemu kotopsu za przeciwnika. Biedak nie raz i nie dwa był zszywany, a łepek i tak niebezpiecznie mu się rusza, bo kły Timona nie znają litości.
Później polubiłam sięz innym pieskiem o długich, puszystych uszach i z czerwoną kokardką przy jednym z nich. Była to suczka i nazywała się Lady (Disney inspiruje, a co!). Bodajże w drugiej, a może trzeciej (nie pamiętam dokładnie) klasie podstawówki każdy miał przynieść swoją ulubioną zabawkę i zaprezentować ją przed klasą, potem było głosowanie na najfajniejszą zabawkę ze wszystkich. Ja przyniosłam Lady i wygrała ten konkurs, potem wszystcy musieli ją opisywać ;> Ale teraz Lady mieszka na Górczynie z moimi małymi kuzynkami i nie zajmuje tam tak zaszczytnego miejsca jak u mnie.
Za panowania krwiożerczych Pokemonów i mnie opanowała trochę ich mania i wówczas przy moim boku trwał malutki Pikachu, który pod ogonem miał taki okrąglasty dzyndzelek z niteczką i jak ją się naciągnęło to on jeździł w kółko i się trząsł. Przez jakiś czas nawet z nim spałam, ale później oberwał biedaczyna od życia i teraz kaleka schował się na jakiejś półce za innymi zabawkami. Otóż kiedy pierwszy raz byłam w Zakopanem z Precious (i po co kasowałaś bloga, byłby link!) był tam też syn cioci Małgosi, Mikołaj, który to lubował się w torturowaniu biednego Pikachu. I tak oto mały Pokemon stracił swój magiczny dzyndzelek (i odtąd już więcej nie skakał w kółko), a co poniektóre z jego kończyn (jedna górna i jedna dolna) przestały przylegał do jego pulchnego ciałka, do teraz odstają jak takie kikuty, z tą tylko różnicą, że są całe.
Jednak najważniejszy chyba z nich wszystkich (poza Kasią i Moniką, ale one to osobna kategoria, lekko przeterminowana bym rzekła) jest Shadowfax. Podarowała mi go w prezencie urodzinowym cztery lata temu Hania zwana Mikrusem (bo ma ponad metr osiemdziesiąt) i od tamtego czasu zwykła mawiać, że bardzo tego żałuje. Otóż Shadowfax jest czarną panterą, która swoje imię odziedziczyła po niezwykłym wierzchowcu Gandalfa, co miało swój ścisły związek z moim afektem do LOTR. Takie szczegóły jak to, że czarne pantery nie mają grzywy, ani że nie są śnieżnobiałe, nie miały dla mnie znaczenia.
W każdym razie od samego początku połączyła nas gorąca zażyłość i obecnie nie potrafilibyśmy bez siebie żyć. Początkowo tylko razem spaliśmy, ale w miarę upływu czasu i chęci zrobienia wioski Precious (tracisz kolejnego linka, my dear!) zaczęłam go także zabierać do kina. Efekt tego był taki, że tak się do niego przyzwyczaiłam, że teraz nie potrafię bez niego zasnąć (chyba, że dostanę tzw.”Shadowfaxa zastępczego”), a i wszelkie filmy ogląda mi się bez niego źle. Doszłam już nawet do punktu, że lubię mieć go na kolanach, kiedy w coś gram, czy to na komputzerze, czy też uskuteczniam jakąś planszówkę.
Ostatnio mama stwierdziła, że powinnam zacząć się od niego odzwyczajać, bo już trochę za stara się robię na takie rzeczy, ale ja nawet nie chcę próbować, tak mi dobrze. I nieważne, że niektórzy (jak na przykład Frodzia) uważają mnie z tego powodu za psychola. Może i nim jestem, ale tak mi dobrze. Każdy ma prawo do odrobiny smaku dzieciństwa, a poza tym mnie i Shadowfaxa nie łączy dzieciństwo, tylko szczere przywiązanie. Czy to czyni mnie dziwaczką? Zawsze nią byłam, więc wszystko mi jedno ;D
I co poniektóre bajki też lubię sobie pooglądać! (tu ukłon w stronę Króla Lwa)

A co do obiecanego rozwiązania zagadki, to każdy trochę zabił, a w każdym razie większość z nich. Już zapomniałam szczegółów, ale to nieważne, bo i tak tylko Frodzia zaproponowała swoje rozwiązanie, więc tylko ona dostanie nagrodę. Jeśli pokonam niechęć mojej skrzynki do załączników to nagroda zostanie wkrótce przekazana drogą mailową :)

Pozdrawiam, Ireth

PS. Jak widać w końcu zdecydowałam się zmienić podpis, już dawno zamierzałam. Legolas to mój idol, ale ja jestem Ireth. Ireth Tinuviel.


  • RSS