Księga gości
Wpisz się
Zobacz

I'm Fan

Legolas and Gimli fanLegolas and Aragorn fan
Legolas fanLOTR fan
Archery fanFantasy fan
Night fanMountains fan
Vampires fanJean-Claude fan
Christian Bale fanBatman fan

Archiwum

2010
październik
2009
grudzień
czerwiec
styczeń
2008
wrzesień
czerwiec
marzec
2007
grudzień
listopad
wrzesień
maj
marzec
luty
2006
listopad
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2005
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
kwiecień
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień


Linki

Władca Pierścieni
The Barrow-Downs
Tolkien - Władca Pierścieni by Elessar
Rivendell
Sindarin
Lórien
Władca
Bastion Miłośników Tolkiena
Bree
The Lord of the Rings
LOTR 4ever!!!

Sport
KS Leśnik Poznań mój klub łuczniczy
KS Unia Leszno
Eurosport
Tenis Mój ulubiony sport

Miasto
Dreamland - państwo wirtualne
Isengard
Międzywodzie, wyspa Wolin Byłam tam na wakacjach-extra!
Poznań Stronka informacyjna mojego miasta

Film
James Bond
Matrix Polecam wielbicielom filmu!
Gwiezdne Wojny Star Wars po polsku
Gwiezdne Wrota Stronka odlotowego serialu zaprasza!!

Rozrywka
BiteFight Vampires VS Werewolves
OGame
Kurnik
SMS Wyślij SMSy do wszystkich znajomych z odjazdowej bramki SMS!
The Sims To jest strona o jedynej grze symulującej życie- The Sims

Muzyka
Within Temptation
Nightwish "Higher Than Hope"
Artrosis Tam, gdzie tysiąc róż rozkwita nowym snem...
Linkin Park

Blog
Anaril Potomek Lucyfera musi otworzyć Dziewięć Piekelnych Wrót, aby uwolnić swego pana
Kibeth Przedwieczny
Silver Evaron (Raven)
ZyraFFa refleksyjne notki - polecam!
Amereth
Will (kuzyneczka)
Frodzia Pamiętnik Stukniętego Hobbita
Haldir
Mirkwood Mój beznadziejny drugi blogas z opowiadaniem
White Elf
Morgwathiel
Alizetka
Elfka Arwena
Undomiel
Spyro
Kingula
Elfine
Three
+Arwen+
DARK-EVIL
Majka
Eris
Hermiona
Sauron
Finetka
wisienka12
NightElf lubi konie i elfy
Lady Arwen
drugi blog mojej kumpeli tam prawie nic nie ma, ale...
Telchamien maniaczka LOTR (kolejna)
mary-kate maniaczka bliźniaczek Olsen
Kolejna Hermiona bloguje...
Blogasek księżniczki Wyższe sfery zapraszają!
Blog Niccki Zajrzyjcie na bloga innej wielbicielki LinkinPark
Stronka Madziguli Fajnie tu!
Stara stronka mojej koleżanki Trochę tam dziwacznie, ale jest OK.
Moja stara stronka Spróbujcie na nią wejść!
Beleg Mroczny klimat mojej najlepszej przyjaciółki
Groza, czyli Marta w kuchni!

sałatka owocowaWczoraj wieczorem skończyłam "Julie & Julia. Rok niebezpiecznego gotowania" Julie Powell. Czytając te wszystkie opisy sukcesów i porażek kulinarnych, zaczęłam czuć w sobie coś, co określiłabym mianem apetytu na gotowanie. Co w moim przypadku naprawdę nie wróży nic dobrego. No może przesadzam. Jak już się za coś zabiorę to na ogół jest jadalne, a bywa że i całkiem smaczne. Ponieważ i tak nikt nie zagląda na tego bloga (i trudno się dziwić, skoro piszę raz na ruski rok) czuję, że mogę się tu wynurzyć i opisać swoje kulinarne wpadki i nie skompromitować się przy tym przed całymi rzeszami społeczeństwa. 

Na zdjęciu tradycyjnie umieszczonym przeze mnie na początku notki (i tak zerwałam ze zwyczajem wklejania zdjęć Legolasa przy każdej notce - dorastam!) widać sałatkę owocową. Ma to sens, o tyle, że jest to pierwsze danie, które potrafiłam uszykować. Bo co może być trudnego w kupieniu, obraniu i pokrojeniu paru owoców? Nic - i właśnie dlatego to dobre na początek. Pamiętam, że kiedy byłam pierwszy raz w Zakopanem z Precious i mieszkaliśmy w Willi pod Nochalem, codziennie wieczorem, jeszcze zanim zaczęliśmy grać w karty i wrzeszczeć "POWIEDZ MANGO!!!", szykowaliśmy sobie taką właśnie sałatkę. Polubiłam ten zwyczaj i kiedy wróciłam do domu postanowiłam zrobić niespodziankę rodzicom. I było fajnie, nawet jeśli po zjedzeniu nikt nie wołał, że zaklepuje sobie pierwsze miejsce w kolejce do łazienki (a może właśnie dlatego, zważywszy na fakt, że w tej kolejce zawsze dostawała mi się pozycja tego, co pilnuje tyłów, czyli ostatniego).

Skoro jesteśmy już przy sałatkach, to może od razu odbębnię dwie pozostałe. Bo ja jestem taka genialna i utalentowana, że potrafię zrobić jeszcze tradycyjną sałatkę warzywną. Co prawda dawno jej nie robiłam, bo mama ma do tego znacznie więcej zapału (zwłaszcza odkąd wpadła na pomysł, żeby korzystać przy tym z tarki) ale to też nic szczególnie skomplikowanego, więc nawet ciągle pamiętam przepis. Ostatni raz robiłam ją zdaje się na Wigilię klasową w klasie maturalnej. Tata jednej dziewczyny z klasy (pozdrawiamy Adę!) jest właścicielem bistro i był tak uprzejmy, że pozwolił, żebyśmy tam się urządzili po zamknięciu lokalu. I tak też zrobiliśmy, przy czym każdy miał przynieść coś do jedzenia. Były ciasta, pierniczki, pierogi, sałatki (w tym moja) i mnóstwo innych pyszności. Jak robiłam tą sałatkę, mama weszła do kuchni, popatrzyła i poprosiła, żebym zaznaczyła, że ja to robiłam sama, żeby nikt nie pomyślał, że ona mi w tym pomagała - bo ona nigdy by tak grubo nie pokroiła. Ale nikt jakoś nie zauważył, że marchewka nie była pociachana w drobną kosteczkę. Za to przebojem wieczoru były pierogi roboty Oleńki i Camille. Dziewczyny wpadły na szatański pomysł zrobienia dwóch pierożków-niespodzianek, które zamiast farszu miały w środku sam pieprz. Powiem więcej, one nie poprzestały na planowaniu! Ale były na tyle sprytne, że oznaczyły te dwa niespodziankowe pierogi, tak więc gdy Becia nałożyła sobie jednego na talerz, została ostrzeżona, żeby zajrzała do środka, zanim wsadzi go do buzi. Ale nikt nie zauważył kiedy Michał nałożył sobie na talerz drugiego, ani kiedy (jak to facet) pożarł całego za jednym chapsem. Tak więc było całkiem wesoło, gdy wstał i zapytał: "Kto robił te pierogi?!". 
Jestem też mistrzynią w przygotowywaniu ulubionej sałatki mojego taty, składającej się z pomidorów, ogórków i cebuli z dodatkiem soli i z większym dodatkiem pieprzu. W zeszłym tygodniu, kiedy zainspirowana przygodami Julie Powell miałam ochotę coś upichcić skończyło się właśnie na tej sałatce. Hmm... Ciekawe co to mówi o moim kucharskim "ja"? Ale przepraszam bardzo, ja chciałam nawet na tej sałatce eksperymentować (i tak jej nie jem, więc co mi szkodzi?). Zastanawiałam się nad dodaniem oliwek, ale tych akurat zabrakło, no i byłam już całkiem gotowa do przyrządzenia sosu sałatkowego francuskiego vinaigrette, ale tata mi zakazał twierdząc, że mu całą sałatkę spieprzę. No to mu tylko popieprzyłam (i posoliłam) - wedle życzenia.

Całkiem nieźle radzę też sobie z pieczeniem. Moim najczęstszym wypiekiem jest rzecz jasna mój ulubiony czekoladowy murzynek. Przez długi okres miałam wyraźne problemy z rozbijaniem jajek. Pewnie dlatego, że za pierwszym razem nie obyło się bez komplikacji, a później długo miałam traumę. A było to tak. Mama tłumaczyła mi, że należy delikatnie postukać jajkiem o brzeg stołu. Ja to "delikatnie" wzięłam sobie trochę za bardzo do serca, więc dostałam instrukcję, żeby robić to "troszkę mocniej". Dla odmiany tego "troszkę" sobie za bardzo do serca nie wzięłam, czego efekt był taki, że rozbita skorupka została mi w ręce, a jajko wylądowało na głowie mojego kręcącego się pod stołem jamnika. Nie żeby Timon się tym szczególnie przejął - wydawał się być nawet całkiem zadowolony, kiedy zlizywał białko i żółtko spływające mu po uszach. Ale trauma została - dopiero niedawno w miarę nad tym zapanowałam. 
Ostatnio upiekłam ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką. Przy tej okazji należy wspomnieć, że w opinii mojej mamy jestem najlepszą wykonawczynią kruszonki na świecie i dlatego w tym domu to właśnie ja jestem za nią zawsze odpowiedzialna. Z tym ciastem to były trochę jaja, bo starałam się korzystać z przepisu mamy, a ona ma tam zapisane tylko składniki, bez proporcji, bo ona zawsze wszystko robi "na oko".
-Ile tego cukru?
-No tak na oko.
-Czyli ile? Szklankę? Dwie?
-Oj no nie wiem. Syp na oko, ja ci powiem, kiedy wystarczy.
A ja i tak do czasu następnego pieczenia zapomnę, ile było tego "na oko", dlatego przydałyby mi się jakieś ludzkie proporcje. Ale moja mama nawet herbatę sypie nie na łyżeczki, tylko "na oko". Jest to jedno z jej dziwactw, za które ją uwielbiam :)
Ostatecznie ciasto wyszło mi w smaku bardzo dobre, chociaż nie zachęcające swoim wyglądem, bo zrobiłam za luźne ciasto (bo jestem leń i zamiast kulą wolałam mikserem) i większość kruszonki się zapadła. Kiedy wycinam z mozołem pojedyncze żyłki, które zauważam w kawałku mięsa, tata lubi mawiać, że je się buzią, nie oczyma. I w odniesieniu do ciasta - ma rację. 

Ojoj, pominęłam coś bardzo ważnego, danie, które ukształtowało moją tożsamość kulinarną! Jak byłam mała i miałam zapalenie dziąseł nie jadłam niczego poza tym. Z czasem sama nauczyłam się to przyrządzać. Danie to nosi dumną nazwę "Pychotka", którą to nazwą ochrzciłam je za młodu. Pójdę nawet tak daleko, że podam przepis, który wyrył mi się w pamięci, jako że przez długie lata była to jedyna rzecz, którą potrafiłam ugotować. A więc tak: bierzesz woreczek ryżu i gotujesz go (przy tym nie zapominasz posolić wody, żeby potem nie machać solniczką nad talerzem jak jakiś debil), a następnie zalewasz całość sokiem pomidorowym. Sok pomidorowy może i jest ohydny solo, ale w duecie z ryżem tworzy Pychotkę!

Mięso. Całkiem nieźle radzę sobie z jego smażeniem. Mama podpowiedziała mi, żeby użyć przyprawy do kurczaka i gyrosa, po czym dodała "Właściwie to doprawiaj jak uważasz". Więc byłam z siebie bardzo dumna, kiedy wpadłam na pomysł, żeby oprócz wyżej wymienionych dwóch użyć też łagodnej papryki. Nie ma to jak eksperymenty w kuchni!
Kiedyś zaszokowałam wujka, jak siedział u nas w kuchni akurat, gdy robiłam obiad. Mianowicie po jakiś 30-40 minutach należy dorzucić cebulę i tzw. "zielone", czyli gałązki od natki pietruszki ogołocone z liści. Mama ma zwyczaj wiązania ich gumką, co ma taki plus, że te zielone badyle nie rozwalają się potem po całej patelni i nie trzeba ich wyławiać przez pół godziny, żeby przyrządzić sos. Pech chciał, że wtedy akurat gumka była niebieska, a zatem dobrze widoczna. 
-Czy to jest gumka? - spytał lekko zaszokowany wujek.
-Tak - odparłam ze stoickim spokojem.
-Zdejmij ją!
-Nie!
-Zdejmij!
-Nie!
-Zdejmij!
-Nie!
No i nie zdjęłam. I było smaczne.

Z kolei na różnego rodzaju okazje zdarza mi się przyrządzić nuggetsy. Mama Precious często je robi, stąd wiem, że domowej roboty też są pyszne (ba! nawet lepsze niż te kupne!). Tak więc jakiś rok temu wzięłam od niej przepis i zabrałam się do roboty. Wprowadziłam nawet swoją własną innowację w postaci dokupionego "Panieru". I nawet babrałam się w tym surowym mięsie i dotykałam go i obtaczałam go w surowym jajku, co już stanowi definicję oblechy. Ale okazało się, że dotykanie surowe mięsa nie jest takie straszne i że wystarczy umyć po tym ręce, żeby zniknęło uczucie dłoni oblepionych surowizną (w dzieciństwie byłam przekonana, że na takie skalanie żadne mydło nie pomoże). Co prawda moje nuggetsy nie wychodzą aż takie pyszne, jak te robione przez ciocię Kasię, ale też są znakomite. Chociaż jest to proces dosyć pracochłonny i długotrwały, zwłaszcza jeśli postanowisz uszykować pełen półmisek dla gości. Jednak wszystko idzie zrobić, wystarczy zaimprowizować taką mała nuggetsową manufakturę - samemu zająć się obtaczaniem kawałków mięsa w jajku, przyprawach i "Panierze", a przy kuchence postawić siostrę wyposażoną w patelnię i olej. Oczywiście plan ten posiada swoje mankamenty, np. wymaga, żeby siostra była na tyle przewidująca, aby przyjechać wcześniej na wypadek, gdyby przydała się jakaś pomoc w kuchni. Na szczęście moja posiada ten dar, dzięki czemu mogłam zająć się też robieniem sosu musztardowego. To chyba jedyny sos, który potrafię zrobić. Pewnie dlatego, że nie wymaga on od człowieka więcej niż wymieszanie musztardy i majonezu. 

  O mały włos zapomniałabym o najgłupszej chyba rzeczy jaką zrobiłam przy okazji gotowania. I wcale nie mam tu na myśli wycięcia sobie kawałka skóry na kciuku przy okazji krojenia kalafiora, ani nawet tego jak postanowiłam doprawić jajecznicę bazylią (chociaż po dziś dzień zastanawiam się, co mi wtedy odbiło). Mianowicie rzecz tyczy się gotowania jajek. Jak w zeszłym tygodniu, jeszcze zanim wyżyłam się na sałatce,zwierzyłam się z mojej chęci gotowania na facebooku, kolega poradził mi, żebym ugotowała jajko na twardo. W sensie, że tego nie można sknocić. No i ok, same jajka zawsze wychodzą mi w porządku. Ale pewnego wieczoru postanowiłam zjeść kolację, co generalnie zdarza mi się rzadko (pomijając piątki u Precious, bo to wieloletnia tradycja jest). Dokładnie mówiąc, dostałam apetytu na kanapkę z jajkiem. Tyle, że wpadłam na to już po tym, jak zrobiłam sobie herbatę, czyli rozmrażanie bułki na czajniku odpadało. I wtedy wpadłam na genialny pomysł - dlaczegóż by nie odgrzać tej bułki na garnuszku, w którym gotuje się jajko? Tak więc położyłam bułkę na pokrywce i wzięłam się za zmywanie naczyń. Woda szumiała, radyjko przygrywało, a ja stałam tyłem do kuchenki, tak więc jakoś przegapiłam moment, w którym woda się zagotowała. Nasz garnuszek do jajek ma to do siebie, że jest idealny do jajek, ale pokrywka nie jest idealna do niego. Tak więc gotująca się woda bez większych problemów wypłynęła bokami na pokrywkę i zmoczyła mi bułkę. A ja nie lubię rozmoczonego pieczywa! Dlatego postanowiłam tą bułkę osuszyć. Musiałam przedstawiać sobą bardzo interesujący widok jak stałam w łazience i grzałam z suszarki na bułkę. Ale zawsze kiedy robię coś głupiego, pociesza mnie fakt, że zdaję sobie z tego sprawę. 

Umiem też ugotować rosół i krupnik. Co do rosołu to pomijam proces obrabiania kurzego korpusu, bo to przekracza poziom oblechy, jaki jestem w stanie znieść. W moim zeszycie z Kubusiem Puchatkiem mam też przepisy na kotlety i gotowaną kapustę, smażone warzywa i takie tam. Jeśli chodzi o warzywa z patelni to mnie smakują takie, jak mi zazwyczaj wychodzą, czyli w wersji bardzo al dente, co doprowadza mojego dziadka do krzyczenia: "Ten brokuł jest surowy!". A ja się pytam, jak mrożonka może być surowa? 

Kawę i herbatę też umiem zaparzyć jakby co. 

 

Pozdrawiam, Ireth

 


majka1312 2010-10-31 21:24:11 skomentuj (0)
petycja

http://go.care2.com/16158494

 

 


majka1312 2009-12-28 22:52:34 skomentuj (0)
Dni Prawnika 2009

ELSA logoPomyślałam, że wreszcie napiszę coś użytecznego. Otóż w Poznaniu, już drugi rok z rzędu odbyły się Dni Prawnika. Miały one miejsce zimą, ale ja piszę o nich latem ;P I robię to z nadzieją, że komuś się przydadzą informacje, które tu zawrę.

Otóż, aby dostać się na takie Dni Prawnika trzeba najpierw napisać test kwalifykacyjny. Oczywiście nikt nie mógł nam powiedziecieć, co może się na takim teście znaleźć. Ja, na ten przykład, dzień przed nim powtórzyłam sobie cały materiał z WOSu dotyczący prawa - i jak się później okazało raczej niepotrzebnie, przynajmniej patrząc na to pod kątem samego testu. 

Test składał się z czterech części. Pierwsza - moim zdaniem najfajniejsza i najbardziej sensowna - dotyczyła samych przepisów prawnych. Mianowicie było tam kilka podanych przepisów albo ich fragmentów, a potem opisana jakaś konkretna sytuacja. Na podstawie tych przepisów trzeba było zaznaczyć prawidłową odpowiedź, co trzeba było zrobić, zgodnie z tymi przepisami.

Druga część też byłą niczego sobie i sprawdzała, zdaje się, umiejętność logicznego myślenia. Również pytania zamknięte. 

Trzecia część była za to okropna - przynajmniej dla kogoś, kto nie interesuje się polityką i wiedzą o społeczeństwie. Znowu pytania zamknięte (zresztą jak w całym teście), ale pojawiają się kwestie takie jak np. kto był prezydentem Gruzji przed Rewolucją Róż albo kto jest obecnie Prezesem Sądu Najwyższego, jakie kraje są w strefie Euro i takie tam. Można strzelać ;P

Czwarta, ostatnia część wyglądała następująco: był sobie tekścik, w którym niektóre wyrażania były w jakiś sposób zaznaczone (wytłuszczenie, kursywa i te sprawy). Na dole zaś były pytania, np. co znaczy to wytłuszczone łacińskie wyrażenie. Tych łacińskich wyrażeń było tam kilka i mimo, że miałam w pierwszej klasie taki przedmiot jak 'język łaciński i kultura antyczna' to nauka ta nieiwle mi pomogła. Dodatkowe utrudnienie polegało na tym, że nie można było nawet strzelać na zasadzie największego prawdopodobieństwa, ponieważ często ostatnią opcją do wyboru była 'żadna odpowiedź nie jest poprawna'. No i bądź tu człowieku mądry.

Jak już człowiek się dostał i otrzymał e-maila z tą radosną wiadomością oraz planem agendy projektu, to mógł zacierać łapki i pewnego pięknego zimowego poniedziałku, zamiast do szkoły, iść do Collegium Minus na superciekawe wykłady. W tym roku (2009) tematem przewodnim były prawa człowieka, dlatego wykłady dotyczyły na przykład tortur w średniowiecznej Europie, rewolucji francuskiej, czy Rady Europy. Na drugi dzień było o studiowaniu prawa na UAMie, o dochodzeniu i procesie sądowym... Trzeci dzień to język (angielski albo francuski) prawniczy, co w praktyce przekłądało się na wykłąd w danym języku na temat prawa i jego ewolucji. A przynajmniej tak było na francuskim. Potem wykład o systemie kar i na koniec debata oksfordzka na temat praw człowieka (konkretnie homoseksualistów). Czwartek to akademia filmowa w kinie Rialto, a piątek symulacja rozprawy sądowej. Wszystko bardzo ciekawe! Była jeszcze impreza integracyjna ze studentami w piątek wieczorem, ale byłam chora i nie poszłam niestety, więc nie powiem jak było. 

Na koniec może zapodam dokładnie tą agendę dla zainteresowanych (moja ulubiona metoda ctrl+c, ctrl+v :D)

 

Planowana agenda projektu

PONIEDZIAŁEK (SALA IM. J. LUBRAŃSKIEGO COLL. MINUS, 
UL. WIENIAWSKIEGO 1)
10.30 – 11.00 Rozpoczęcie projektu
11.00 – 11.45 Dr Andrzej Gulczyński, Katedra Prawa Rzymskiego i Historii Prawa Sądowego WPiA UAM
Tortury w średniowiecznej Europie
11.55 – 12.40 Dr Maksymilian Stanulewicz, Katedra Historii Ustroju Państwa WPiA UAM 
 Prawne unormowania Wielkiej Rewolucji Francuskiej
12.50 -13.40 Dr Maciej Mataczyński, Katedra Prawa Europejskiego WPiA UAM
 Wykład dot. mechanizmów ochrony praw człowieka w Unii Europejskiej
13.45- 14.30 Warsztat nt. stanu faktycznego kazusu przygotowywanego na symulację rozprawy sądowej

WTOREK (SALA A, DOM STUDENCKI JOWITA 
UL. ZWIERZYNIECKA 7)
09.00-10.30 J. angielski prawniczy- gr. I
10.45- 11.30 Dr Piotr Lissoń, Katedra Publicznego Prawa Gospodarczego WPiA UAM
O studiowaniu na Wydziale Prawa i Administracji UAM
11.35-12.35 Prezentacja ELSA
12.45- 13.30 Wykład poświęcony przekazaniu podstawowych informacji dotyczących procedury sądowej, ułatwiający zrozumienie postępowania przed sądami w sprawach jak w kazusie 
13.40- 15.10 J. angielski prawniczy- gr. II

ŚRODA (SALA A, DOM STUDENCKI JOWITA 
UL. ZWIERZYNIECKA 7)
09.00-10.30 J. francuski prawniczy gr. III
10.40-11.25 Wykład dra hab. Roberta Zawłockiego, Katedra Prawa Karnego WPiA UAM
11.30-13.30 Debata
13.40- 15.10 J. francuski (ang.) gr. IV

CZWARTEK (SALA A, DOM STUDENCKI JOWITA 
UL. ZWIERZYNIECKA 7)
16.00- 17.00 Warsztaty przygotowujące do aktywnego wzięcia udziału 
w symulacji rozprawy sądowej
18.00 – 22.00 Prawnicza Akademia Filmowa w kinie Rialto 
(UL. DĄBROWSKIEGO 38)
  - Projekcja filmu 
- Dyskusja z prelegentami na tematy poruszane w filmach

PIĄTEK (SALA 100 SĄDU OKRĘGOWEGO W POZNANIU, 
AL. MARCINKOWSKIEGO 32)
14.00 – 17.00 Symulacja rozprawy sądowej w Sądzie Okręgowym w Poznaniu
20.00 - Impreza integracyjna licealistów ze studentami 

To polecam maturzystom zainteresowanym studiami prawniczymi, no i w ogóle wszystkim, bo to bardzo fajna sprawa :) Chwała Elsie za zorganizowanie tego!


Pozdrawiam, Ireth

 


majka1312 2009-06-06 19:51:35 skomentuj (3)




Lay by Undomiel / Powered by blog.pl